Bartosz Gajek

adwokat

Jako adwokat pomagam kreatywnym rozwiązać problemy z jakimi borykają się ich agencje marketingowe. Przeczytasz tutaj jak uniknąć błędów popełnianych w Twojej branży – tych najczęstszych i… tych najbardziej kosztowych. Podpowiem Ci jak umowy mogą chronić efekty Twojej pracy i jak zadbać o to, żeby zawsze działały na Twoją korzyść. Wreszcie poradzę Ci jak porozumieć się z trudnym klientem (TYM który spędza Ci sen z powiek), a gdy wszystko inne zawiedzie – jak skutecznie dochodzić swoich praw przed sądem...
[Więcej >>>]

Zacznij tutaj

obraźliwe komentarzeNa wstępie chcę zaznaczyć, że jestem ostatnią osobą która walczyłaby z opiniami konsumenckimi. Sam mam nawyk czytania takich opinii gdy podejmuję decyzję o większych zakupach. Zanim wybiorę markę chcę posłuchać jej zagorzałych fanów i zdeklarowanych przeciwników. Gdyby te komentarze były filtrowane pryzmat “dobra opinia/zła opinia” to oczywiście nie spełniałyby swoich funkcji.

Jest jednak kategoria komentarzy, które nikomu nie służą. 

Mały przykładzik na który natknąłem się podczas niedawnych zakupów:

BANDA OSZUSTUW I ZŁODZIEJI (…)”. 

Pisownia oryginalna.

A co z wartością reszty tej opinii? Jak się wczytać w tą “recenzję” to się dowiemy, że marka naraziła się Pani tym, że paczka przyszła po 7 dniach. Ja przeczytałem te wywody (z zawodowej ciekawości 😁), ale wiele osób poprzestałoby na nagłówku o “bandzie”.

Nie widzę żadnej wartości w obraźliwych komentarzach, a ich wpływ na markę może być druzgocący.  I przekonuje się o tym właśnie taki gigant jak Googlowski Youtube.

Otóż jak donosi https://businessinsider.com.pl/Nestlé, Epic Games, Disney, McDonald’s i wiele innych koncernów zdecydowało o zawieszeniu emisji reklam na platformie“. Powód? Obraźliwe komentarze “ocierające się o miękką pedofilię“.

Oczywiście, że jak tacy giganci tupną przysłowiową nogą to Youtube stanie na głowie żeby sprawę załatwić.

A co ty możesz zrobić dla marki którą się opiekujesz? Otóż jest taka ustawa…

Świadczenie usług drogą elektroniczną i komentarze

Ustawa z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną (t.j. Dz. U. z 2019 r. poz. 123) zawiera procedurę usuwania bezprawnych treści. Co prawda akt ten mówi o “bezprawnym charakterze przechowywanych danych”, ale obraźliwe komentarze absolutnie pod to “podpadają” 😄.

Zacznijmy od tego, że właściciel np: portalu opiniami o produktach nie ma obowiązku szczegółowego monitorowania komentarzy ani wprowadzania szczególnych zabezpieczeń takich jak filtrowanie czy wstępna moderacja.
Wynika to prost z art. 15 tej ustawy i potwierdzają to wyroki sądów (tutaj znajdziesz dobrze napisane uzasadnienie takiego wyroku).

Kiedy więc taki portal odpowie za obraźliwe komentarze?

Ustawa przewiduje taką oto konstrukcję:

“Nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane ten, kto udostępniając zasoby systemu teleinformatycznego w celu przechowywania danych przez usługobiorcę nie wie o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności, a w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności niezwłocznie uniemożliwi dostęp do tych danych”.

Pierwszą więc podstawą do odpowiedzialności portalu jest wiedza o tym, że komentarz jest bezprawny.

Tutaj wskazówki dał Sąd Najwyższy:

braku odpowiedzialności nie da się usprawiedliwić kiedy pojawiają się na stronie internetowej wpisy drastyczne, wulgarne, obelżywe skierowane do konkretnych osób, które w oczywisty sposób, bez bliższej analizy, na pierwszy rzut oka świadczą o naruszeniu dóbr osobistych tych osób” (I CSK 73/17)

Jakie takie komentarze wyglądają można sobie wyobrazić 🙄. Nie są to jednak wpisy które zazwyczaj uderzają w wiarygodność i renomę marki. Te wpisy są ciutkę bardziej “wysublimowane”, a portal nie ma obowiązku sprawdzania prawdziwości treści umieszczonej w komentarzu (tu również odsyłam do I CSK 73/17).

Dlatego też druga podstawa do odpowiedzialności portalu pojawia się gdy ten uzyska “wiarygodną wiadomość” o bezprawności czy też “obraźliwości” komentarza. W tym celu trzeba taki portal zawiadomić

Zawiadomienie o obraźliwym/bezprawnym komentarzu

Aby można było oczekiwać, że portal zareaguje na obraźliwe komentarze o marce należy go w sposób odpowiedni zawiadomić.

Tutaj możesz spotkać się z różnymi “formalnościami” jakie nie raz portale piętrzą przed zawiadamiającymi. Nie daj się wyprowadzić w pole: ustawa nie określa takich wymogów, a regulamin portalu nie może narzucić Ci konkretnej ścieżki reklamacyjnej. Każda forma zawiadomienia jest dopuszczalna (zobacz I ACa 1202/09).

Gdy biorę się za taką sprawę dla klienta to korzystam jednocześnie z dwóch sposobów:

  • list adwokacki wysłany listem poleconym
  • e-mail zawierający skan tego listu adwokackiego

Co powinno zawierać takie zawiadomienie?

Jak wspomniałem nie ma konkretnych wymogów, ale w praktyce umieszczam w liście adwokackim następujące elementy:

  • dane firmy i marki które reprezentuję
  • obraźliwe komentarze i ich wydruki z portalu
  • uzasadnienie bezprawności komentarzy
  • żądanie uniemożliwienia dostępu do tych treści

Najważniejszym elementem takiego zawiadomienia jest oczywiście uzasadnienie, gdyż ustawa nakłada wymóg, aby wiadomość była “wiarygodne”. Jak ową “wiarygodność” uzyskać?

Brand uzasadnia obraźliwe komentarze

Często lakoniczne zawiadomienia są ignorowane przez portale, gdyż przedstawiciel marki niedostatecznie uzasadnił swoje stanowisko. Dlatego warto napisać kilka słów uzasadnienia prawnego o tym dlaczego akurat jakieś konkretne treści o marce należy uznać za obraźliwe komentarze.

Inaczej mówiąc to odpowiedni moment na to żeby wyciągnąć “prawnicze działa” 😎.
Oczywiście przedstawienie argumentacji prawnej nie daje gwarancji, że szkodzące marce treści zostaną usunięte, ale wydatnie zwiększa na to szanse.

A jak się pisze takie “prawnicze” uzasadnienie?

Jako przykład dajmy “spółkę wydmuszkę” w takim oto fikcyjnym komentarzu:

“Nie polecam korzystać z usług BRAND. Brakuje im towaru na stanie i ciągle są opóźnienia z dostawą. Myślę, że wynika to z tego, że BRAND tylko udają porządną firmę, a w rzeczywistości ta spółka to taka zwykła wydmuszka. Nabiorą zamówień i pieniędzy i zaraz znikną”. 

Jak widać komentarz nie jest wulgarny, obelżywy i urągający, ale i tak potrafi dopiec marce. Kluczowe jest tutaj słowo “wydmuszka”, gdyż to ono właśnie powoduje u odbiorcy negatywne skojarzenia: wydmuszka która  zaraz zniknie z rynku nie jest wiarygodnym partnerem do zakupów.

Ale dlaczego “wydmuszka” kojarzy się aż tak źle? Czy portal nie mógłby uznać, że Ty jako obrońca marki “nieco” przesadzasz?

Cóż, zarówno dla sądów jak i organów podatkowych „spółka wydmuszka” to:

  • uczestnik karuzeli podatkowych, znikający podatnik (WSA w Krakowie, I SA/Kr 379/16)
  • spółka wykorzystywaną do równoważenia przychodów i pozorowania realności świadczeń (WSA w Gliwicach, III SA/Gl 1036/14)
  • podmiot nie tylko bez majątku, ale nawet bez faktycznego zarządu (tamże)
  • spółka “adresowa”, nieposiadająca realnej siedziby (WSA w Warszawie, III SA/Wa 2353/15)
  • spółka nie posiadająca żadnego majątku ruchomego ani nieruchomego i nie zatrudniająca żadnych pracowników (WSA w Gdańsku, I SA/Gd 1332/17)
  • spółka, której rejestracji dokonuje najczęściej osoba, która w rzeczywistości nie kieruje działalnością podmiotu, nie posiada wiedzy na temat planowanych transakcji czy też informacji o osobach faktycznie kierujących działalnością podmiotu, nie posiada dostępu do rachunku bankowego firmowanego przez siebie podmiotu (WSA w Warszawie, III SA/Wa 1447/16)
  • “spółka-słup”, która po wyeksploatowaniu zostanie zastąpiona kolejną (tamże)

I to jest właśnie “amunicja”, którą warto wykorzystać w sporze z portalem. Trudno bowiem polemizować, że konkretne komentarze nie są obraźliwe jeżeli zawierają słowa, które wcześniej sądy używały w jednoznacznie negatywnym kontekście.

Podobne orzeczenia można odnaleźć o “oszustach”, “bankrutach”, “złodziejach” i kilku jeszcze innych inwektywach 😁.

Portal odmawia usunięcia komentarzy

Jeżeli portal będzie obstawał przy swoim to kolejnym krokiem powinno być odpowiednie  zabezpieczenie komentarzy. Zabezpieczając dowody nie narazisz się na zarzut, że nie wykazałeś naruszenia (jeżeli komentarze “wyparowały” po złożeniu pozwu).

Oczywiście możliwie najbardziej satysfakcjonującym byłoby złożenie pozwu przeciwko autorowi komentarza. Niestety w praktyce może to okazać się bardzo trudne do zrealizowania (możesz przeczytać o tym tutaj). Jeżeli jednak celem jest uchronienie marki przez obraźliwymi komentarzami to wejście na drogę sądową może okazać się niezbędne. Adresatem pozwu może być także portal, gdyż uzyskał od Ciebie wiarygodne zawiadomienie, a na nie odpowiednio nie zareagował.
Sytuacja portalu w takim przypadku może być nie do pozazdroszczenia, bo to na nim będzie spoczywać obowiązek wykazania, że treści opublikowane przez internautę (tego słowa używa się jeszcze?) są prawdziwe.

*****

Zobacz także:

Podziękowania dla:

portfolio agencji interaktywnejWyobraź sobie, że ukończyłeś właśnie projekt.

Być może wpłynęła na Ciebie iście wiosenna pogoda (w środku zimy..), kawa z nowego ekspresu, albo po prostu wszystkie Muzy skrzyknęły się, aby Ci pomóc.

Koniec końców Twoja agencja interaktywna zaprojektowała stronę od której nie możesz wprost oderwać oczu.

Bez dwóch zdań to Twoja najlepsza praca.

Prawdziwa perełka, która po wsze czasy będzie zdobić Twoje portfolio.

No właśnie: czy aby napewno będzie je zdobić?

Zgoda na umieszczenie strony w Twoim portfolio

Prezentowanie potencjalnym klientom wyników Twojej pracy na stronie Twojej agencji jest potężnym narzędziem marketingowym. Tobie nie muszę tego tłumaczyć 😄.

Umieszczenie czegokolwiek w portfolio agencji interaktywnej wymaga jednak zgody klienta, który nabył prawa autorskie do wyników Twojej pracy.

I tutaj pojawia się jeden szkopuł: po wykonaniu usługi zgody udzielą Ci tylko naprawdę super zadowoleni klienci.
Jeżeli w ciągu waszej współpracy pojawił się chociażby najmniejszy “zgrzyt” to pierwszą jego ofiarą będzie Twoje portfolio. Odmowa udzielenia zgody na publikację lub “przemilczenie” Twojego e-maila z prośbą o nią jest bowiem najbardziej “uprzejmą” formą rewanżu na jaki klient może sobie pozwolić. I przyjemnością jakiej nie musi sobie odmawiać 😆.

Zatem aby mieć pewność, że będziesz mógł później pochwalić się fajnym projektem (nawet jeżeli wykonałeś go dla klienta którego po prostu nie da się zadowolić) to zabezpieczyć sobie zgodę z góry.

Zgody klientów udzielane “z góry” dają Ci gwarancję, że Twoje portfolio będzie budowane zgodnie z prawem.

Taka podstawowa klauzula może wyglądać w sposób następujący:

“KLIENT przyjmując przedmiot umowy wyraża AGENCJI zgodę na jego prezentowanie w portfolio AGENCJI umieszczonym na stronie internetowej https://przykładowaagencja.pl/”

Zakres zgody

W umowie warto określić dwie zasadnicze kwestie:

  • jak utwór (czyli np: zrzut ekranu z wykonaną stroną) będzie wykorzystywany
  • gdzie utwór będzie publikowany

Klauzula która zaprezentowałem powyżej spełnia obydwa te wymogi. Przede wszystkim określenie “portfolio” już dawno trafiło do języka powszechnego i jest dla każdego zrozumiałe. Wskazanie, że będzie to “portfolio Agencji” przesądza, że utwór zostanie wykorzystany w celach marketingowych tj. do pozyskania kolejnych klientów.

Drugą istotną kwestią jest określenie gdzie portfolio agencji interaktywnej będzie prezentowane. Warto tutaj posłużyć się konkretną domeną, która identyfikuje Twoją agencję w internecie. Jeżeli planujesz promowanie swojej pracy np: w mediach społecznościowych to możesz się pokusić o rozbudowanie klauzuli umownej także i o te kanały.

Odwołanie zgody

Na koniec zmierzmy się jeszcze z tematem odwołania zgody.

Co prawda nawet przedszkolaki wiedzą, że “kto daje i odbiera ten się..”, ale może to nie robić wrażenia na “gorącogłowym” kliencie. Czy zatem odwołanie przez niego zgody obliguje Cię do natychmiastowego “zdjęcia” strony z Twojego portfolio?

Jeżeli przyjmiemy, że zgoda na umieszczenie strony w portfolio agencji interaktywnej jest w rzeczywistości licencją to trzeba sięgnąć do prawa autorskiego.

Oceniając taką zgodę jako licencję należałoby ją zakwalifikować jako:

  • niewyłączną
  • nieograniczoną terytorialnie
  • nieodpłatną
  • udzieloną na czas nieokreślony

Kluczowe znaczenie ma to, że blankietowa “licencja na portfolio” to licencja udzielona na czas nieoznaczony.

Taka licencja może zostać wypowiedziana, ale istnieje “furtka” abyś mógł się cieszyć swoim portfolio przez lata.

W umowie można określić dowolny termin wypowiedzenia licencji (to znaczy odwołania zgody dotyczącej portfolio) np: 5 lub 10 lat.

Zgoda nie jest wtedy “nieodwołalna”, ale po kilku latach Twoje portfolio pewnie się zdezaktualizuje chociażby w skutek zmiany standardów web developmentu i “stare” projekty stracą na znaczeniu.

Na taką okazję klauzulę sformułowałbym w następujący sposób:

“KLIENT przyjmując przedmiot umowy udziela AGENCJI licencji na jego prezentowanie w portfolio AGENCJI umieszczonym na stronie internetowej https://przykładowaagencja.pl/. Licencja zostaje udzielona na czas nieokreślony, a KLIENT może ją wypowiedzieć z zachowaniem 5-cio letniego okresu wypowiedzenia”.


*****

Zobacz także:

Podziękowania dla:

ryzyko przegrania sprawyRyzyko przegrania sprawy jest żelaznym punktem mojej rozmowy z klientami.

Bo to zawsze istnieje.

Gdy jednak padnie pytanie “jaka jest szansa na wygranie sprawy/przegranie sprawy” opowiadam anegdotkę o psie prawnika.

Nie znasz jej? 😁

Było to tak:

Do pewnego prawnika przyszedł nieznajomy i pokazał mu poszarpane spodnie.

“Pana pies mnie pogryzł. Proszę zapłacić mi za zniszczone ubranie albo pójdę do sądu”

Prawnik dopytał się o okoliczności pogryzienia po czym zaproponował odszkodowanie: 300 zł

Nieznajomy wziął pieniądze i podał prawnikowi rękę na zgodę.

Sąsiad słysząc to “przez płot” zaraz przybiegł do prawnika.

“Za co ty mu zapłaciłeś? Przecież nie masz psa!”

Prawnik chowając portfel dpowiedział jednak ze spokojem:

“To prawda, ale sprawa mogła trafić do sądu. A tam wszystko może się zdarzyć”

W sądzie wszystko jest możliwe?

Anegdotkę o psie prawnika można rozumieć bardzo cynicznie: sądy są oderwane od rzeczywistości i wydają niesprawiedliwe wyroki. Facet nie miał nawet psa a mogli go skazać!

Tymczasem rzeczywista puenta “psa prawnika” jest taka: w sądach wszystko może się zdarzyć, bo sędziowie nie czytają w myślach, a orzekają na podstawie tego co mają w aktach. A w aktach jest tylko to co przedstawią strony. A więc masz wpływ na to jakie zapadnie rozstrzygnięcie. I to bardzo realny.

Dajmy na to, że zaprojektowałeś opakowanie produktu.

Pracę faktycznie wykonałeś i wystawiłeś fakturę. Klient nie zapłacił.

Do sądu złożyłeś tylko wydruk projektu i fakturę.

Nie miałeś co prawda umowy na piśmie, ale z klientem prowadziłeś obszerną korespondencję e-mail.

I nie dołączyłeś jej do pozwu.

Twój podwykonawca uczestniczył w rozmowach z klientem.

I nie powołałeś go na świadka.

Półki aż się uginają od produktów w opakowaniach wedle Twojego projektu.

I nie zabezpieczyłeś tego dowodu dla sądu.

Skąd więc to oczekiwanie, że wyrok będzie sprawiedliwy tj. korzystny dla Ciebie? W aktach przecież praktycznie nic nie ma. A powinno być. Rzadko się zdarza, że ktoś niezadowolony z rozstrzygnięcia sądu NAPRAWDĘ się przyłożył przy przedstawianiu dowodów.

Ryzyko przegrania sprawy sądowej

Kiedy adwokat szacuje tzw. “ryzyko procesowe” dla agencji marketingowej kieruje się kilkoma kryteriami.

Niestety przy tym szacowaniu wiele kwestii jest oceniane intuicyjne i na podstawie doświadczenia zawodowego prawnika.
Dlatego też na koniec nie otrzymasz wyniku: 87% szans na korzystny wyrok. To będzie raczej “duża szansa powodzenia”, “ostrożny optymizm” albo coś w rodzaju “to jest sprawa do przegrania”. Musisz tutaj zdać się na swojego pełnomocnika.

Gdy oceniam ryzyko przegrania sprawy sądowej zawszę biorę pod uwagę następujące kwestie:

  • Umowa – zawsze lepiej gdy jest 😄 natomiast nie gwarantuje ona sukcesu. Często zdarza się, że zawarty kontrakt nie ma naprawdę ważnych postanowień. W takim przypadku i tak muszę pomocniczo sięgnąć do przepisów kodeksu cywilnego. Dlatego nie załamuj się jeżeli nie masz umowy na piśmie. Słaba umowa daje tak mało, że zasadniczo mogłoby jej nawet nie być.
  • Korespondencja – e-maile, komunikatory czy nawet smsy. Wszystko to może być dowodem w sprawie i dostarczyć sądowi obiektywnych informacji o tym jak przebiegała Twoja współpraca z klientem. Wydruki z e-mali to naprawdę już chleb powszedni w sądach.
  • Świadkowie – świadkowie mogą pomóc sprawie, ale czasami mogą ją totalnie pogrążyć (tutaj taki przykładzik 😃). Po pierwsze nie muszą to być żadne osoby trzecie, to może być też Twój współpracownik. Po drugie świadek musi chcieć Ci pomóc. Ciągnięcie kogoś do sądu za przysłowiowe uszy rzadko zdaje egzamin. I wreszcie po trzecie świadek naprawdę nie musi zeznawać dwie godziny na Twojej sprawie. Zazwyczaj wystarczy krótko i na temat np: klient był u Ciebie, odebrał projekt razem z fakturą i był zadowolony. To byłyby zeznania na 5 minut, ale w kluczowej kwestii.
  • Zagadnienie prawne – czasami sprawa jest prosta jak konstrukcja cepa, a czasami jest w niej jakiś “prawniczy smaczek”. Ten “smaczek” to problem z wykładnią umowy/regulaminu/stosowaniem przepisu, co zawsze stwarza ryzyko, że sędzia będzie miał inny pogląd niż Twój adwokat (taki “smaczek” występował w moim sporze z przewoźnikiem).
  • Wady – sprawa jest prosta gdy klient korzysta z efektów Twojej pracy (z radością, bez zastrzeżeń tylko że nie raczył zapłacić😕). Nieco inaczej sprawy się mają, gdy klient miał masę zastrzeżeń i rozstał się z Tobą w ponorym nastroju.

Jak zmniejszyć ryzyko przegrania sprawy

Oczywiście nie możesz traktować każdego zlecenia tak, jak gdyby sprawa miała wylądować w sądzie. Natomiast prowadząc swoją agencję marketingową powinieneś po prostu liczyć się z taką ewentualnością, że być może kiedyś przyjdzie Ci upomnieć się w sądzie o swoje.

Dobra wiadomość jest taka, że musisz stosować raptem do kilku prostych zasad, aby wydatnie zmniejszyć ryzyko przegrania sprawy.

Wszystkiego dowiesz się z dwóch darmowych ebooków jakie dla Ciebie przygotowałem:

*****

Masz podobną sprawę i chcesz o niej porozmawiać? Kliknij tu i wybierz dogodny dla Ciebie termin.

Zobacz także:

  • Gdy klientowi nie podoba się Twoja praca – Estetyka strony internetowej jest ocenna. Jeżeli jednak spod Twojej igły (i klawiatury) wyszła spełniająca wszelkie standardy witryna to klient musi zapłacić.
  • Klient deklaruje że zapłaci – Warto aby agencja marketingowa upomniała się niezapłaconą fakturę.Deklaracja zapłaty przez klienta stanowi uznanie roszczenia, a to ma liczne zalety.

uznanie roszczeniaPewnie wielokrotnie słyszałeś zapewnienia pewnych klientów o gotowości/woli/chęci* (niepotrzebne skreślić) zapłaty zaległej faktury.

Nie jest jednak wiedzą powszechną, że takie “obiecanki cacanki” posiadają swoje konsekwencje. W świetle prawa deklaracja zapłaty to  uznanie roszczenia. 

Dlaczego warto się upominać o swoje

Niezapłacona faktura, czyli Twoja droga przez gospodarczą mękę, zapewne zaczyna się tak:

Najpierw stoicki spokój. Klient jest dopiero parę dni po terminie. Nic wielkiego.

Potem zaczynają nachodzić Cię czarne myśli. “A co jeśli faktura nie dotarła, bo spam zeżarł?“. Wysyłasz ponownie pdfa i sprawdzasz e-maila co 15 minut.

Następnie jest etap rozczarowania. Fakty są takie, że klient nie zapłacił.

Kolejny krok? Konfrontacja. Dzwonisz/piszesz e-maila/wysyłasz SMSa (które również mogą być dowodem w sprawie).

I tutaj bardzo łatwo jest popełnić błąd. Ty bowiem będziesz enigmatycznie pisał o “potrzebie rozliczenia”, a klient może równie zdawkowo deklarować “wolę załatwienia sprawy” lub “puszczenia przelewu”.

Nic z tego nie wynika, bo za mało tutaj jest konkretów. A pamiętaj, że jesteś już na etapie “windykacji miękkiej”.

Gdy Twoim celem jest (prócz zapłaty of course 😉) uznanie roszczenia przez klienta to musisz precyzyjny.

Nazywaj rzeczy po imieniu, a faktury…. po ich numerach i kwotach.

Zamiast pisać:

“Witam

Zauważyłem, że mamy nieuregulowane tematy zapłaty za przygotowanie i wdrożenie strategi dla sklepu.
Czy dotarła do Państwa faktura?”

Pisz:

“Witam

Nie otrzymałem wpłaty kwoty 5400 zł za fakturę FV/00012/19. Termin płatności upłynął 19.01.2019 r. Proszę o deklarację kiedy otrzymam od Państwa przelew?”

Jaka jest różnica?

Otóż w przypadku pierwszego e-maila klient może odpisać “tak, zrobię przelew jutro” i właściwie nie do końca wiadomo co zostało uznane. W trakcie projektu mogłeś przecież wystawić kilka faktur “cząstkowych”, dostać niepełne przelewy i tak dalej.

W przypadku drugiego e-maila  nie ma żadnej wątpliwości, że klient deklarując “zapłacę do końca miesiąca” uznaje precyzyjnie zidentyfikowane roszczenie.

Uznanie roszczenia i przedawnienie

Te wszystkie “podchody” robisz w trzech zasadniczych celach. Zacznijmy od pierwszego.

Uznanie roszczenia wywołuje coś co szumnie nazywa się “przerwaniem biegu przedawnienia”.

Kiedy minie termin na zapłatę czas zaczyna działać na Twoją niekorzyść. Dlaczego?

Mówi się, że wtedy “przedawnienie biegnie” 😅.

Jak wiesz Twoje faktury mogą po pewnym czasie się przedawnić (w 2018 te terminy na szczęście uległy wydłużeniu).

Gdy klient deklaruje zapłatę konkretnej kwoty to ten “bieg” przerywa i termin zaczyna “lecieć” od nowa.

Taki o to przykładzik:

Fakturę wystawiłeś w październiku 2016 r.

Na nowych zasadach faktura ta przedawniłaby się 31 grudnia 2018 r.

Jeżeli więc 30 grudnia 2018 (dzień przed przedawnieniem!) klient napisze, że za tę fakturę zapłaci to…

Przedawnienie “przerywa się” i nowy termin na zapłatę wypada na 31 grudnia 2020 roku. 

Możliwe, że nawet masz jeszcze jakieś faktury które “spisałeś na straty”, a liczne “obiecanki” klienta powodowały co raz to nowe przerwania biegu przedawnienia (tak tak, można więcej niż raz! 😁).

Uznanie roszczenia a walka w sądzie

Niedawno pisałem, że nie jestem wielkim zwolennikiem pchania klientów w objęcia Temidy. Do sądu znaczy się .

Dodam: zbędnego pchania.

Bo czasem trzeba i należy zawalczyć o swoje w sądzie. A uznanie roszczenia jest potężnym orężem w batalii sądowej.

Otóż nawet niewinny e-mail “ok, zapłacę” ma ukrytą treść, która najczęściej jest niezamierzona. Klient chcąc zapłacić jednocześnie przyznaje, że ma ZA CO zapłacić. A płaci się nie za Twoją fakturę (to jest tylko dokument księgowy), ale za Twoją pracę.

Czyli, że wykonałeś umowę w całości, prawidłowo, bez wad, usterek. Nic tylko się rozliczać.

Nabiera to szczególnego znaczenia, gdy sprawa w końcu trafi do sądu. Tutaj bowiem nagle dowiesz się, że Twój projekt składał się TYLKO Z WAD. Taka jest bowiem naturalna linia obrony pozwanego klienta: formułować zarzuty pod adresem jakości Twojej pracy.

W takim przypadku sąd ma podwójny argument, aby zasądzić Ci należą zapłatę:

  • klient wcześniej nie zgłaszał zastrzeżeń, co oznacza, że wad nie było
  • klient deklarował zapłatę, co oznacza, że wad nie było

Uznanie roszczenia a nakaz zapłaty

Na koniec zostawiłem najlepsze “uznanie”, ale też najtrudniejsze do uzyskania.

Kiedy składasz do sądu pozew sąd na jego podstawie może wydać nakaz zapłaty.

To taki specjalny “wyrok bez rozprawy”, od którego klient może się odwołać i wtedy sprawa toczy się normalnie.

Szczególnym rodzajem nakazu jest “nakaz nakazowy“. Masło maślane, ale ma dwie gigantyczne zalety:

  • klient żeby się odwołać od tego nakazu musi zapłacić często słoną opłatę sądową (normalnie taki sprzeciw podlega opłacie)
  • nawet jeżeli klient się odwołał to sprawę możesz od razu skierować do komornika

Tutaj możesz przeczytać więcej jak pieję z zachwytu nad zaletami nakazu nakazowego.

Problem jest jednak w tym, że nie wystarczy uznanie roszczenia e-mailem. Koniecznie to uznanie musi nastąpić w piśmie.

Aby uzyskać taką pisemną odpowiedź powinieneś napisać wezwanie do zapłaty i wysłać je listem poleconym. Wtedy jest szansa, że klient odpowie Ci w takiej samej, pisemnej formule. Możliwe, że jednak odpowie Ci e-mailem/smsem.

Dobrym sposobem, aby taka odpowiedź nastąpiła na piśmie jest skorzystanie z listu adwokackiego. Z doświadczenia wiem, że jak adwokat pisze list to odpowiada mu się również listem…albo wcale 😁.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej jak w ogóle uniknąć zatorów płatniczych to polecam pobranie mojego darmowego ebooka o windykacji w branży kreatywnej.

*****

Zobacz także:

Podziękowania dla:

estetyka strony internetowejEstetyka to rzecz względna.

A estetyka strony internetowej to już w ogóle.

Bo obok zwyczajnego “nie zapłacę, bo już nie chcę/nie potrzebuję” względy estetyczne zajmują drugie miejsce w rankingu.

Zapytasz: w jakim? W rankingu wymówek, aby wykręcić się od zapłaty 😁.

Z tą pierwszą wymówką jest stosunkowo łatwo. Umowy nie można tak po prostu zerwać i nie płacić.  W takim przypadku zachowujesz prawo do wynagrodzenia i możesz je skutecznie egzekwować.

I tutaj nie trzeba być prawnikiem, bo każdy intuicyjnie czuje, że coś tutaj jest nie fair.

Trochę jednak jest inaczej, gdy z ust klienta padają słowa “ta strona w ogóle mi się nie podoba“.

Gdy kwestionowana jest estetyka strony internetowej

Gdy klient się z Tobą pierwszy raz kontaktuje bywa, że nie szczędzi Ci komplementów. Taki jegomość zazwyczaj oglądnął Twoje portfolio, “przeklikał” wszystko co się dało na wykonanych przez Ciebie stronach i popada w zachwyt.

Jesteś genialny.

Twoje projekty są boskie.

A podjęcie się przez Ciebie zlecenia jest dla jego firmy KLUCZOWE.

Przy takim postawieniu sprawy pozostaje Ci tylko podjąć się zlecenia i rzucić skromnie

Będzie Pan zadowolony“.

Dlatego więc gdy klient, do niedawna jeszcze “gorliwy wyznawca”, zaczyna krytykować Twoją pracę to doskwiera Ci to w sposób szczególny. Jeszcze gorzej, gdy nie wiadomo o co tak naprawdę klientowi chodzi.

Z funkcjonalnością strony jest prosto. Tu się skrypt nie ładuje, tutaj czcionki nie widać na tym tle, a tam się coś “rozjeżdża”.
Te problemy obiektywnie istnieją, dają się zdiagnozować i, co najważniejsze, prawie zawsze usunąć.

Jak rozwiązać problem, że coś “jest brzydkie“, albo że klientowi “nie do końca o to chodziło“?

Otóż jeżeli po obu stronach występuje wola załatwienia sprawy i chociaż nić porozumienia to oczywiście DA SIĘ.

Gorzej jeżeli klient uważa, że projekt jest nie do uratowania.

Zła estetyka strony internetowej jako wada

Oczywiście gustu, smaku i poczucia stylu nie da się ubrać ramy prawne. Pewnie dlatego nasz kodeks cywilny zupełnie milczy w tej kwestii. Wady strony internetowej możemy rozróżnić na te “programistyczne” i te prawne (np: naruszenie praw autorskich).
Czy jest tutaj miejsce na wady estetyczne?

Zastosuję stary “wybieg” prawniczy: to zależy.

Zależy od tego jak bardzo estetyka strony internetowej odbiega od powszechnie stosowanych standardów.

Jeżeli wykonałeś coś co przypomina stronę rodem z wczesnych lat ’90 to oczywiście braki tej estetyki są istotne. Nie sądzę żebyś jednak projektował strony które wprawiają w zachwyt tylko po to żeby zaserwować kolejnemu klientowi projekt typu retro 😁.

Drugim przypadkiem może być wykonanie strony w sposób niezgodny z zamówieniem. W umowie jasno określiliście, że strona ma wykorzystywać paletę kolorów zgodną z księgą znaku. W takim przypadku jeżeli Tobie akurat w tym projekcie “siadł” zielony i postanowiłeś go użyć zamiast niebieskiego to coś jest na rzeczy. Tyle, że nie mamy tutaj do czynienia z kwestią estetyki, ale ze zwyczajnym nieprawidłowym wykonaniem umowy. Nie oceniamy zatem czy na tej stronie kolokwialnie rzecz ujmując “zielony jest lepszy od czarnego”, ale jaki kolor był w zamówieniu. Jeżeli wykonujesz stronę niezgodnie z zamówieniem to bez znaczenia jest czy rzecz się rozchodzi o kolory czy o liczbę podstron.

Natomiast jeżeli spod Twojej igły (i klawiatury) wyszła nowoczesna strona internetowa i AKURAT klientowi się nie spodobała to…

Cóż, ryzyko klienta! Na pewno nie jest to sposób na wycofanie się rakiem z zamówienia. 

W takim przypadku zachowujesz prawo do wynagrodzenia.

*****
Zobacz także:

  • Niekończące się poprawki -Jeżeli trafiłeś tutaj googlując “niekończące się poprawki” to znaczy, że naprawdę jesteś w opałach.Spokojnie, jest na to rada i to nawet bez pisemnej umowy.
  • Długie milczenie klienta przy poprawkach – Milczenie klienta przy poprawkach? Sprawdź co zrobić z klientem, który obiecuje zgłosić zastrzeżenia, ale ciągle odkłada je w czasie.

Podziękowania dla: